RSS
niedziela, 11 maja 2008
Nadrabianie zaległości, cz.I - China Town i Chiński Nowy Rok

Ponieważ w Liverpoolu istnieje jedna z najstarszych i najliczniejszych społeczności chińskich, to w trakcie zwiedzania nie wolno zapomnieć o chińskiej dzielnicy, zwanej oczywiście China Town. Dzielnica ta nie jest szczególnie wielka, ale na szczęście trudno ją przeoczyć: zakątek ten znajduje się na trasie wiodącej z centrum do katedry ewangelickiej, a elementy dekoracji i stylizacji wraz z największym na świecie (poza Chinami) łukiem, stanowią doskonały drogowskaz.

I tak oto, China Town w dzień powszedni prezentuje się tak:

A to parkomat:

Tymczasem co roku na przełomie stycznia i lutego Chińczycy świętują Nowy Rok i wtedy to Chińska Dzielnica wygląda tak:

W tym roku uroczystości związane z nadejściem Roku Szczura odbywały się 9-10 lutego. Uroczystości te to przede wszystkim tańce smoków, które symbolizują szczęście i pomyślność, ognie bengalskie w ogromnej ilości, świecenie lampionów i dekorowanie ulic, sklepów i domów we wszystko co czerwone - czerwień to również symbol radości, szcześcia i pomyślności.

Oprócz smoków można było też zabawić się w budzenie lwa w pobliskim Kościele Św. Łukasza zwanym powszechnie "the bombed-out church" w związku z tym, iż został on trafiony bombą w 1941 roku i to co z niego pozostało to zewnętrzne mury, które wraz z pojawiającą się w środku roślinnością tworzą badzo ciekawy klimat:

A budzenie lwa to nic innego jak naparzanie pałkami w uprzednio przygotowane instrumenty perkusyjne, czyli:

a) beczki:

b) tudzież bardziej finezyjne:

A więcej można pooglądać tu:

http://www.youtube.com/watch?v=4NpbGMmwMLU

poniedziałek, 04 lutego 2008
Lewy kraniec naszego światka

Kiedy wstaliśmy w sobotę rano, czyli koło południa i stwierdziliśmy, że po pięciu dniach pandemonicznej pogody:

po a): nie leje i nie gradobije,

po b): nie wieje tak, że dom w posadach drży, a szyby nie dzwonią jakby za chwilę miały wpaść do środka,

po c:) ŚWIECI SŁOŃCE!!!,

po d): po ulicy pomyka człowieczek w bluzce z krótkim rękawem..

.. to szybko dokonaliśmy odpowiednich przygotowań, decyzję o tym gdzie, podjęliśmy biegnąc do samochodu, a trasę uzgadnialiśmy właściwie na bieżąco, co zaowocowało jazdą po wertepach i dotarciem do dwóch ślepych zaułków (ale kto by się przejmował takimi potknięciami niegodnymi nawet wspomnienia, gdyby nie to, że dzięki nim obejrzeliśmy miejsca przecudnej urody przyrodniczej) i w niecałe pół godzinki później byliśmy już tu:

czyli na lewym krańcu półwyspu.

Zaparkowaliśmy przy klubie żeglarskim w West Kirby, w pobliskim supermarkecie dokonaliśmy zakupu niezbędnych w czasie pieszych wędrówek wiktuałów, stwierdziliśmy, że jednak jest dużo chłodniej niż nam się wydawało, przysięgliśmy, że już nigdy, ale to NIGDY nie będziemy się sugerować angolami paradującymi w tiszertach 2go lutego, Irek wygrzebał mi z bagażnika kraciastego, roboczego waciaka w jakże dopasowanym rozmiarze XXXL i wyruszyliśmy.

Zajrzeliśmy co się dzieje na jeziorku dla żeglarzy i innych serfingowców a działo się tak:

i tak:

Poprzyglądaliśmy się więc jak angole  taplają się w tej lodowatej wodzie, doszliśmy do wniosku, że to jednak twardy naród, zwłaszcza, gdy od zimna zbuntował się aparat i nie chciał więcej fotek zrobić (musiałam go chować pod ciuchy, żeby później dało się zrobić kilka fotek przed ponownym jego zamarznięciem) i postanowiliśmy się ruszyć.

Początkowo plan był taki by podreptać na wyspy (sztuk 3) zwane  kolektywnie Hilbre Islands (to ta zielona plamka, w ujściu rzeki Dee do morza) gdyż można się tam przedostać suchą (tja..) stopą w czasie odpływu, ale wygrał mój zdrowy rozsądek, który podpowiadał, że:

a) pokonanie półtorej kilometra po piachu, gdzieniegdzie mocno podmokłym (co wiązałoby się z koniecznością omijania tych części, bo tylko Irek miał nieprzemakalne obuwie), zajęłoby więcej czasu niż mogło się wydawać

b) bliskość wysp to złudzenie optyczne

c) nie sprawdziliśmy godziny przypływu

d) to nic, że angole idą, jak chcą to niech się potopią albo pozamarzają na wyspie czekając, aż woda opadnie

e) potwornie wieje i pomimo słońca (które nota bene zniknęło pół godziny później) wydaje się, że jest jakieś minus dziesięć i o 13 zrobiło się nagle i znienacka tak:

i w związku z powyższym zerknęliśmy w prawo gdzie namierzyliśmy latarnię:

 i podreptaliśmy plażą w jej kierunku, na sam koniuszek półwyspu do miejsca gdzie znajdują się Red Rocks i stamtąd podziwialiśmy wyspy:

Red Rocks to jak sama nazwa mówi, czerwone skałki z czerwonego piaskowca i prezentują się one tak:

i tak:

i tak:

i tak (tu znów wyspy, a ten grzbiet w tle tuż za mniejszą z nich to górki w Walli Północnej):

oraz tak:

Drogę powrotną postanowiliśmy odbyć przez wydmy, mokradła i torfy, czyli Red Rocks Marsh, będące siedliskiem ptactwa przeróżnej maści. Nie żebyśmy owo ptactwo widzieli, ale tak napisane było na tablicach informacyjnych. Z tych wszystkich maści opisanych i zilustrowanych na tablicach oczywiście potrafiliśmy skojarzyć jaskółkę.

Oczywiście chłopaki podziwiają swoje buty nie daltego, że mają nowe, albo dawno ich nie widzieli, a dlatego, że trochę wiało.

i jeszcze raz wyspy, proszę:

Postanowiliśmy również, że spacer na wyspy a i owszem, koniecznie, ale  może jakoś w maju.

Echhhhh.. pięknie, nie?

czwartek, 31 stycznia 2008
Trochę faktów plus spacer po promenadzie (czy też może odwrotnie)

Słowem wprowadzenia: New Brighton, w którym mieszkamy to wypoczynkowa część Wallasey, który/a (?) z kolei należy do dystryktu metropolitarnego The Wirral (hrabstwo Merseyside), leżącego oczywiście na półwyspie Wirral. Skomplikowane? Po jakimś czasie człek zapamiętuje.

Półwysep Wirral znajduje się w regionie North West England, nad zatoką Liverpoolską (wysokość Dublina) i powstał dzięki ujściom rzek Dee (na południowym zachodzie) i Mersey (na północnym wschodzie) do w/w zatoki i to właśnie Mersey oddziela nas od Liverpoolu. Ale żeby było łatwiej, to ukradłam mapkę z Wiki, więc proszę:

Nasz dom znajduje się mniej więcej tam, gdzie literka "y" w słowie Wallasey.

I tak to pewnego ranka, czyli dwa dni temu po zorientowaniu się, że pogoda nie wygląda najgorzej, czyli nie pada, postanowiłam udać się na północny koniuszek półwyspu i odbyć spacerek promenadą wzdłuż Mersey. Widok z północnego koniuszka półwyspu Liverpool (po lewej), Wallasey (po prawej) i na Mersey (szare, w środku), wyglądał tak:

Pochmurność nieba niespecjalnie mnie zrażała, co jak się wkrótce okazało było słusznym podejściem, bo po przejściu jakiejś mili (z całych trzech do końca promenady, chmury popędziły nad Liverpool:

apo naszej Wirralskiej stronie zrobiło się przyjemnie majowo:

Tak więc pospacerowałam dziarsko dalej, oprócz zwykłych spacerowiczów takich jak ja, napotykając po drodze miłośników:

a) wędkarstwa:

b) dżogingu (zdjęcie skasowałam jak mi się palec omsknął)

d) kontemplacyjnego piwka:

Przysiadłam na chwilę na ławeczce tu:

popodziwiałam biznesową część Liverpoolu i ruszyłam dalej. Po prawej minęłam siedzibę władz Wirralu i Wallasey, która znajduje się nie w centrum miasta jak u nas, ale właśnie nad samą rzeką:

i doszłam do zapływni, czyli do Seacombe Ferry Terminal, skąd można się przeprawić do Liverpoolu. Niestety w zapływni trwają intensywne prace budowlane prowadzone jak się zapewne wszyscy domyślają przez ekipę polskich pracowników tej branży, którzy to poinstruowali mnie, że przejścia nie ma, dlatego zdjęcia też nie ma. Jest za to zdjęcie promu zbliżającego się do niej z na tle Liverpoolu. Proszę:

Promy te poruszją się z prędkością wodolotu i trudno oprzeć się wrażeniu, że jak taki kolos za chwilę nie zwolni, to zatrzyma się w centrum półwyspu.

Za promem Trzy Gracje, czyli trzy najbardziej rozpoznawalne budynki w Liverpoolu:

od lewej: Royal Liver, Cunard i Port of Liverpool, którego to nie zdążyli wyremontować przed nastaniem 2008 roku, w którym Liverpool ma stanowić kulturalną stolicę świata.

Zbliżenie na Royal Liver (trochę niewyraźne, bo zoom był duży więc ręka trzęsła mi się niemożebnie):

Tarcze zegara są największymi tego typu elektrycznie sterowanymi tarczami (nawet tarcza Wielkiego Benka się chowa), a na szczycie wież usadowiły się tzw. Liver Birds - wbrew pozorom nazw tychże ptaków nie tłumaczy się jako ptaki wątrobowe/wątróbkowe, a gwoli ścisłości nie tłumaczy się wcale, bo nikt nigdy takiego ptaka na żywo nie widział. Stanowi on bowiem krzyżówkę kormorana z orłem, a nazwa wzięła się (prawdopodobnie) od pewnego rodzaju glonu, którym kormorany się żywią i dlatego też "liver" rymuje się z ang. "driver" a nie jest homonimem/homofonem wątroby.

I tu wam oszczędzę dalszego zrzędzenia o ptakach i dlaczego kormorana skrzyżowali z orłem, bo to można wyczytać na wikipedii, dość, że ptaki są nieodzownym symbolem miasta, o czym nie ośmielili się zapomnieć założyciele i fani FC Liverpool, bo nawet ich logo stanowi Liver Bird właśnie. Nadmienię jednak, że ptaki odwrócone zostały do siebie nawzajem ogonami, gdyż lokalna legenda głosi, że gdyby nie daj boże ptaki się w sobie zakochały i postanowiły odfrunąć w celu założenia gniazda, moment ten stanowiłby koniec dla miasta.

Inna opowiastka natomiast niesie, że w dniu gdy w pobliżu Royal Liver znajdzie się prawdziwa dziewica, ptaki załopoczą swoimi potężnymi skrzydłami. Hmmmmm.. Legendy mają swój niezaprzeczalny urok, prawda?

No dobrze, bajki na bok. Jak się popatrzy w prawo od Trzech Gracji to się zobaczy Albert Dock. Przemysłowe niegdyś doki (dlatego wyglądają może mało zachęcająco z zewnątrz) przerobione na centrum rozrywkowo-kulturalne, gdzie znajdują się galerie, muzea (to upamiętniające Beatlesów również) i inne restauracje:

Ten czarny, monstrualny kształt w tle po lewej stronie to katedra anglikańska, cudo architektoniczne, aczkolwiek tu na zdjęciu nie dostąpiło owo cudo zaszczytu bycia wyeksponowanym przez słońce, w związku z tym, katedra innym razem.

Znów kawałek w prawo i wyłania się Liverpool Echo Arena - olbrzymi obiekt kancertowo-rozrywkowy, w którym odbywają się wszystkie największe wydarzenia kulturalne. Na zdjęciu tego nie widać niestety, ale rzeka odbija się w ścianach budynku, co tworzy niesamowite wrażenie spływającej po nich wody:

Na koniec jeszcze jeden z mnóstwa olbrzymów pływajacych se po rzece tam i z powrotem:

I tak oto 3 mile za nami. Pokonaliśmy trasę od literki "y" w wyrazie Wallasey do pierwszego tunelu pod Mersey, czyli tę odwróconą do góry nogami czerwoną "L"kę wzdłuż prawego krańca półwyspu:

W rzeczywistości jest oczywiście o wiele bardziej urokliwie, choć część nabrzeża z odpadami, industrialnymi zabudowaniami, dźwigami itp. nie nastraja romantycznie. Niemniej jednak, tym razem miało być miło, więc zdjęcia industrialne inną razą.

Dziękujemy za uwagę i zapraszamy na kolejną wędrówkę, która zostanie zorganizowana przez Biuro Podróży Wirtualnych (w skrócie BPW) Trix Ltd już niebawem.

środa, 23 stycznia 2008
Wróciłam
Wróciłam 13go nie w piątek, a w niedzielę, we wtorek odbyłam rozmowę o pracę a teraz czekam na jej efekty, a jak wiadomo, angolom się NIGDY z NICZYM nie spieszy, czyli w związku spożywczym (Marcinie :)) się lenię, czas wolny urozmaicając sobie praniem, gotowaniem, filmów oglądaniem, książek czytaniem, skajpowaniem, jak się przejaśnia to po plaży hasaniem, okolicznych zabytków zwiedzaniem. Ponadto pocelebrowaliśmy urodziny Agi, zostałam odwiedzona przez niewidzianego od lat siedmiu gościa. I to by było na tyle i póki co.
niedziela, 25 listopada 2007
A jutro..
..lecę do Polski. I kto wie, może zostanę na cały miesiąc.. I się cieszę potwornie bo się stęskniłam strasznie za najbliższymi. Mam nadzieję, że wyląduję tam gdzie zamierzam a nie na drugim końcu Polski :) Trzymajcie kciuki.
czwartek, 15 listopada 2007
Takie tam

Jak się mieszka w kraju rozwiniętym, gdzie:

a) polityka jest dodatkiem do życia, a nie odwrotnie,

b) nie trzeba się martwić, że jak się kupi buty i spodnie, to może nie wystarczyć na czynsz,

c) jedynym czynnikiem stresogennym w miejscu pracy jest brak mleka do kawy lub herbaty,

d) o pracy zapomina się tuż po wyjściu za jej próg,

e) strach i przyspieszone bicie serca wywołują jedynie przebiegające przez drogę rotwailery, które okazują się być zwykłymi, brytyjskimi kotami - gdyby nie to, że ten olbrzym z gracją wdrapał się na drzewo, poszłabym w zaparte, że to był pies Baskervillów i umarła na zawał serca, to:

jakby mniej tematów do poruszania na blogu, bo przecież ile można się zachwycać, oblepiać czytelników tymi landrynkami szczęścia, skoro wiadomo, że o niczym się tak fajnie nie czyta jak o czyimś nieszczęściu.

A ja tu co? Mam pisać, że mam różową, polarową piżamę z zebrą? Że co prawda temperatura spadła i rano zdarza się wydychać kłąbki pary spacerując na przystanek, ale za to jest słonecznie, na chodnikach zalega mnóstwo żółto-czerwonych liści i można w nich brodzić (choć to nierozsądne bo po przyjściu do pracy się stwierdza zabrudzenie butów i nogawek), hortensje dalej kwitną w naszym ogródku, trawa w parczku zieloniuchna, że nie wspomnę o tych wszystkich palmach wokół.

Albo, że fale na morzu tworzące się w kierunku przeciwnym to ciekawe zjawisko? Mogłabym też nudzić, że Liverpool oglądany z półwyspu nocą wygląda przebajecznie i że na urodziny dostałam od moich obłędnych współlokatorów "Euphorię" oraz taki oto tort:

a Agnieszka ugotowała pyszny kapuśniak na polskiej kiełbasce przywiezionej przez Naftę supertanimi liniami Wizzzair.

No i mogłabym tak nudzić i nudzić, tylko po co?

piątek, 09 listopada 2007
Z pamiętnika komjutera, czyli podróżującego miejskimi liniami autobusowymi

Po kliku tygodniach podróżowania komunikacją miejską poczyniłam kilka ciekawych spostrzeżeń, którymi to chciałam się z państwem podzielić, a kto wie, czy komuś wybierającemu się na wyspy, nie posłużyć wskazówką jedną lub dwiema.

Pierwszym krokiem do rozpoczęcia przygody z miejskimi autobusami jest określenie tras, które nas interesują. Można to zrobić zaglądając do internetu, choć nie należy się później dziwić, jak się okaże, że jednej lub drugiej ulicy nie wzięto pod uwagę na planie.

Dużo łatwiej jest więc zatrzymać jakikolwiek autobus zbliżający się do naszego przystanku i zapytać pana lub panią (serio, serio) kierowcę, jak dotrzeć do wybranej przez nas destynacji. Żaden z pasażerów, ani kierowca nie będzie się dziwił, ani denerwowł, jak sie zatrzyma autobus tylko o to, by zapytać o wskazówki, a następnie wysiąść. Wszak to kraj ludzi opanowanych i "nieśpieszącychsię".

Jak już zlokalizujemy najbliższy przystanek, to najważniejszą rzeczą, o jakiej trzeba BEZWZGLĘDNIE pamiętać, jest lewostronny ruch uliczny. Głupio czekać na autobus nie po tej stronie ulicy i pojechać w kierunku przeciwnym od zamierzonego. Generalnie trudno wykonać taki manewr, bo autobusy są dosyć czytelnie opisane, aczkolwiek.. Byli tacy, którym się udało.

Więc gdy się już upewnimy, że stoimy na właściwym przystanku, po właściwej stronie ulicy, to nie wystarczy tam sobie po prostu stać. Trzeba wypatrywać. Wypatrywać, bo gdy tylko w oddali zamajaczy nasz autobus, należy go zatrzymać machajac rączką, przypominając sobie jak to się niegdyś robiło jeżdżąc na stopa. W innym przypadku pan lub pani kierowca pojedzie dalej, uznjąc, że stojący na przystanku ludzie czekają na autobus innej linii.

W związku z tym, na całej trasie autobus może się zatrzymać dwa razy, albo 20, a to oznacza, iż nie należy też specjalnie ufać podanym czasom odjazdów. Wychodząc na przystanek trzeba mu dać min. 5 minut w tył lub w przód, a jak się nie zdąży, to następny może być dopiero za 30 minut co razem z planowanym opóźnieniem może zaowocować 40minutowym czekaniem. A wtedy dobrze mieć coś do czytania, mptrójkę albo pójść spacerkiem wzdłuż trasy i pozwolić się autobusowi dogonić.

Po wejściu do autobusu brońboże nie wolno się uśmiechać do kierowcy/kierowniczki, bo można zaryzykować jazdę za darmo albo z nieprzysługującą zniżką. Pieniądze należy mieć na podorędziu, najlepiej drobne. Bury pod tytułem "Nie masz drobniejszych?" można uniknąć, jeśli wręczając kierowcy banknot dwudziestofuntowy jednocześnie zauważy się przytomnie: "przykro mi, nie mam drobnych".

Cena biletu różni się w zależności od dystansu jaki chcemy pokonać, dlatego trzeba kierowcy powiedzieć dokąd chcemy jechać, a on już wystuka wszystko na mimikomputerku, a jak nie jest się pewnym gdzie należy wysiąć, można się spodziewać, że w którymś momencie kierowca wychyli się z kabinki i zawoła w waszym kierunku "Hey, young lady/man, this is ... street, time to get off". Ja osobiście uwielbiam część "young".

 Jak już mamy bilet w ręku, to można przechodząc na z góry upatrzoną pozycję pobrać darmową gazetkę, z kupki darmowej prasy znajdującej się w specjalnie wyodrębnionym miejscu na większy bagaż podręczny, wózki, itp. i zagłębić się w lekturze, choć zagłębianie polecam dopiero po zapoznaniu się z trasą i osiągnięciu stanu znudzenia widokami za oknem, które w mom przypadku zawierają urbanistyczne pejzaże z rzeką w tle.

 Upatrzone pozycje powinny znajdować się w tylnej części autobusu, bo nawet jeśli jest on pusty, należy się spodziewać, iż na następnym przystanku zacznie napływać fala ludzi w podeszłym wieku, a w związku z tym nie trzeba się będzie przenosić, aby ustąpić im miejsca tuż za kierowcą.

No właśnie. Pasażerowie autobusów to przede wszystkim ludzie starsi, bezdomi, nikły odsetek studentów i młodzieży przed 16 rokiem życia, kiedy to zdają prawka i rodzice kupują im samochody i ja. Przyglądanie się współpasażerom może stanowić skarbnicę wiedzy dla socjologów.

I tak: na początku listopada nie należy się dziwić, widząc kobiety w grubaśnych płaszczach, ale za to z gołymi nogami i w klapkach, mężczyzn w koszulkach z krótkim rękawem ale za to w rękawiczkach, a już z pewnością nie powinny nas dziwić osoby w szlafrokach podróżujące na odległość dwóch przystanków, co tu stanowi circa 600 metrów.

Kiedy nasza podróż dobiega końca, grzecznie dziękujemy i żegnamy się z kierowcą.

Tak więc dziękuję za tę podróż i do widzenia.

piątek, 02 listopada 2007
Wygląda na to..

.. że nie opuszczę firmy Nafty tak szybko jak myślałam. Co prawda przetłumaczyłam "Podręcznik dla pracowników", zawierający 86 stron przepisów, nakazów, zakazów i procedur, którego nikt poza mną nie przeczyta, ale za to Szef Szefów będzie miał pewność, że nikt już w jego firmie nie będzie mógł wygłosić sakramentalnego "nie wiedziałem". W tak zwanym międzyczasie szkoliłam się w negocjacjach i PiaRze, kiedy to Szef Szefów (nazwijmy go w skrócie SzSz, bo SS jakoś źle mi się kojarzy, a to miły, starszy pan, który dba o swoich pracowników, a zwłaszcza tych polskich) postanowił zażegnać bunt na pokładzie jednej z fabryk produkującej palety, przy mojej pomocy. 

I tak to w pewne słoneczne popołudnie wyrwał mnie zza biurka, ubrał w odblaskową kurteczkę, wsadził do swojego wypasionego jaguara w kolorze szary metalik (jak można kupić jaguara w kolorze szary metalik?????? Ja rozumiem, że Angole niespecjalnie są zapanbrat z wyobraźnią, tu na 10 samochodów 8 jest w szarym metaliku, ale jaguar? Ale to temat na inną okazję) i powiózł do fabryki, usytuowanej za rogiem. Po drodze opowiedział mi mrożącą krew w żyłach historię o dwóch Polakach, którzy nie bacząc na przepisy BHP omal nie stracili ręki i palca, a on przecież nie może pozwolić na to, by komukolwiek w firmie działa się krzywda i dlatego należy zdyscyplinować załogę, a że chce mieć pewność, że wszyscy zrozumieją co ma na myśli, to w tym celu właśnie mnie tam zabiera.

No więc wjechaliśmy do fabryki, gdzie zostałam skonfrontowana z drugą stroną medalu, czyli wersją chłopców pracujących przy produkcji palet. SzSz zwołał wszystkich do siebie i walnął mowę o BHP, o tym jak ważne jest zdrowie i życie jego pracowników, kazał chłopakom zapodać rekonstrukcję wydarzeń z wypadku i strasznie ich wszystkich objechał, a ja musiałam to wszystko tłumaczyć. Pańcia na szpilkach i w odblaskowej kurteczce, którą pierwszy raz na oczy widzieli (pańcię nie kurteczkę). Jak już było po pokazówce, SzSz zajął się rozmową z kierownikiem liniowym, a ja,  po moim "dobra panowie, zapodawać jak było naprawdę" ucięłam sobie pogawędkę, po której wytrzeszcz oczu utrzymywał mi sie chyba przez kolejne kilka godzin. I tak oto zostałam w brutalny sposób zapoznana z rzeczywistością,  ukrytą pod świetnie wypolerowaną dyplomacją.

Suma sumarum, po wszystkich pertraktacjach, dyskusjach, tłumaczeniach SzSz zawiłości mentalności polskiej, po dalszych rozmowach z chłopakami, wypracowaliśmy wspólnie z Inspektorką ds. BHP plan działania, co zaskutkowało tym, że chłopaki po raz pierwszy dostaną do podpisu zakres obowiązków, deklaracje o przestrzeganiu BHP, zostaną przeszkoleni, fabrykę obkleją znakami ostrzegawczymi w obu językach itp, itd, co oznacza, że jeszcze tam trochę posiedzę.

Z konkluzji to mam kilka.

Po a) doprawdy to dziwne, jak Angolom trudno zrozumieć, że jak od Polaka się pewnych rzeczy nie wymaga, to nie ma takiej możliwości, żeby zrobił to dobrowolnie i jak np. nie obetnie mu się za brak stroju ochronnego, to przyjdzie produkować palety w sandałach.

Po b) jak się Polakom da możliwość wzięcia urlopu "kiedy chcą i o rozsądnej długości" to Polak wiedząc, iż ma nadgodzin na następny miesiąc z góry, nie pojawi się w pracy przez półtora miesiąca.

Po c) Jak się Angolom łatwo mówi, że nie zaniżają stawek, bo Angolom wypłacaliBY takie same, to oczywiście diabeł tkwi w ty BY na końcu WYPŁACALI, bo żaden Angol by takiej pracy za takie stawki nie wziął, a jeśli już, to jakość jego pracy byłaby dokładnie na miarę tej stawki, czyli SzSz mógłby se pozamykać te 4 nowe fabryki, które postawił w ciągu ostatnich 2 lat, czyli od kiedy zatrudnia Polaków. A Angole dalej siedzieliby na zasiłkach, wypracowywanych w ogromnej mierze przez tanią siłę roboczą z Europy Wsch.

Po d) już wiem co dokładnie kryje się pod nazwą taniej siły roboczej i trudno oprzeć się wrażeniu, że niedaleko jej do niewolnictwa, choć przecież wszyscy zatrudnieni są z własnej woli.

I byłam tak strasznie rozdarta po tym wszystkim, że nie mogłam się pozbierać przez trzy dni chyba, dopóki pewne rzeczy nie dotarły do mnie, dopóki nie uświadomiłam sobie, że w ten sam sposób traktuje się tanią siłę roboczą w Polsce, z tą tylko różnicą, że tu nawet te najniższe stawki gwarantują godne życie. Trzeba tylko chcieć takie wieść albo niestety zgiąć kark, gdy nie potrafi się powiedzieć nic prócz "hał macz" po dwóch latach mieszkania na wyspie.

poniedziałek, 29 października 2007
Co lubię

Uwielbiam dom i dzielnicę, w której mieszkamy, bo niczego nie da się porównać z wędrowaniem uliczkami zabudowanymi tymi charakterystycznymi szeregowcami, pnącymi się to w górę to znów opadającymi w dół, gdy tymczasem zza każdego rogu wygląda morze. A najbardziej lubię moment, gdy wracam z pracy, wysiadam na przystanku, przechodzę przez parczek i wspinam się uliczką w górę. I się wspinam, wspinam i nagle tuż zza jej wierzchołka nagle wyziera morze, a na nim sznur wielgachnych tankowców sunących do portu gdzieś z Irlandii albo skądś dalej jeszcze. W porze, gdy wracam z pracy robi się istny korek z tych olbrzymów, niesamowity widok. A kiedy indziej trafiam na odpływ i morze wygląda jak basen ze spuszczoną wodą. Plaża na kilkanaście kilometrów.

Lubię brak zadufania u ludzi na stanowiskach. Nie dziwi mnie już twarz szefa marketingu, który zamiast sekretarki otwiera mi rano drzwi, bo miał bliżej. Albo wpadającego co jakiś czas, tylko po to, by bez słowa położyć czekoladkę na moim biurku. Uwielbiam brak irytacji, gdy po moim buszowaniu w każdym prawie komputerze w biurze, klawiatury ustawione są na polski programisty, bo mi się zapomniało zmienić ustawień i wszyscy załamują ręce, gdy zamiast @ wychodzi im " tudzież odwrotnie. Pomijam fakt, że w większości przypadków nikt nie wie jak to odmienić, natomiast jak już "odczaruję" komputery, nikt nie ma do mnie pretensji, bo przecież tylko robiłam swoją robotę.

Nigdy nie sądziłam, że to powiem, bo zawsze mi się wydawało, że te wszystkie angielskie uprzejmości, te wszystkie hałarje, ochy, echy, plisy i senkjuje wtrącane co pięć minut są potwornie pretensjonalne i sztuczne, lecz stało się, powiem.. Te wszystkie ochy i echy naprawdę nastrajają jakoś przyjaźniej do ludzi i świata. Nikogo tu nie dziwi uśmiechanie się do nieznajomych na ulicy, pozdrawianie się przy mijankach na chodniku, ani nawet podśpiewywanie w autobusie albo na przystanku, gdy się człowiek zapomni przez ten cały, otaczjacy człowieka fajny i przyjazny świat. Nawet, jeśli jest on przyjazny tylko pozornie.

I nawet list od dostawcy prądu czy gazu jest sformułowany w taki sposób, że przez moment można zapomnieć, że pod zdaniem "Mamy nadzieję, że zadomowiliście się Państwo w swoim nowym domu" kryje się "no dobra, pora zacząć ich czesać za gaz/prąd", bo czesanie za prąd/gaz to jedna setna zarobków, a czasem nawet mniej. I pakiet Internet + darmowe rozmowy do Polski, za 16 funtów na miesiąc i fakt, że na najoryginalniejszą butelkę moich ulubionych perfumów moge zarobic w dwie godziny a nie w tydzień. I tak można wyliczać w nieskończoność.. Ale te materialistyczne wyliczanki są najmniej ważne w tym wszystkim.

Dzieki Adze odkryłam przyjemność jaką daje bieganie. Najpierw w Chester, gdy biegałyśmy tymi malowniczymi ścieżkami, mostami, murami i teraz gdy zbiegamy nad morze i gdy w płucach mi rzęzi, gdy wdrapuję się mozolnie pod górę.

Lubię powroty do domu. DOMU. Świetnie się w nim czujemy i świetnie czujemy się ze sobą. Rozmawiamy, dopracowujemy szczegóły współistnienia, znajdujemy swoje miejsca. Miło jest spędzać wieczory przy lampce wina, śmiejąc się, opowiadając sobie nawzajem wydarzenia całego dnia. Ciepło i bezpiecznie.

I wszystko to sprawia, że jest mi niewypowiedzianie dobrze. Gdyby jeszcze nie ta tęsknota za najważniejszymi ludźmi zostawionymi w Polsce, byłoby wręcz idealnie. Ale cóż.. Zawsze coś.. Coś za coś.. Nie można mieć wszystkiego, co nie?

Za to 26go listopada ląduję w Katowicach. AŻ i JUŻ za miesiąc..

środa, 24 października 2007
Z nowości

Długo mnie nie było, więc będzie długo. Trudno.

Z nowości to po a): pracuję jako tłumacz w firmie Nafty.

Jakoś tak, jak już się w miarę zadomowiliśmy, Nafta kazał mi wziąć siwi i zanieść do biura jego firmy. Zrobiłam jak Nafta kazał i już za drugim podejściem dotarłam w odpowiednie miejsce. Za pierwszym wysiadłam cztery przystanki dalej, w dzielnicy, gdzie strach było przejść 20 metrów z jednej strony ulicy na drugą w celu zmiany przystanku na kierunek przeciwny. No a ja se wysiadłam we ciuszkach pracowych i na szpilkach i na tych dwudziestu metrach otrzymalam trzy propozycje małżenstwa, nie do odrzucenia, które brzmiały mniej więcej tak: "Hey luv, want some fun?" albo tak: "com'on babe, will make you scream!" Ale, że ja do strachliwych nie należę, to tylko zrobiłam minę, wyrażającą największe znudzenie i dziarsko przemierzyłam te dwadzieścia metrów z jednej strony ulicy na drugą i stanęłam nieopodal leżącego pod wiatą pana, który wyglądał na bardzo zmęczonego. Tak zmęczonego, że nie miał siły dopić tego co trzymał w dłoni, chrapiąc niestrudzenie, a to, że nikt nie odważył się pomóc mu w jego wysiłkach zawdzięczał chyba tylko temu, że był przyczepiony za pomocą smyczy do okazale się prezentującego pitbula. Nie muszę dodawać, że pieseczek był bez kagańca, a pan miał kark o obwodzie zbliżonym do obwodu moich bioder, tak?

No ale już następnego dnia, czyli w czwartek zeszłego tygodnia, zasięgnąwszy wcześniej dokładniejszych wskazówek dotarłam gdzie trzeba, co zaskutkowało tym, że od poniedziałku każdy dzień spędzam jak przystało na wykształconego angola z klasy średniej, czyli od 9 do 17 przesiaduję w biurze, wykonując papierkową robotę. Póki co to nic stałego, mam do wykonania projekt, czyli przetłumaczenie informatora dla pracowników narodowości polskiej, zawierający wszelkie przepisy, zasady i inne takie, liczący sobie bez mała 70 stron. Płacą mi za godzinę, a że tempo mojej pracy zwaliło z nóg szefostwo za mnie odpowiedzialne, nie mogące uwierzyć, że można to robic tak szybko, to poszłam po rozum do głowy i zwolniłam. Nie było to znowu takie trudne, gdy dotarłam do fragmentów o urlopach macierzyńskich, ojcowskich i dla rodziców adopcyjnych. Jezu jaka nuda. Nuda i cyferki.

Ale nie ma tego złego. Dostałam w posiadanie biuro szefa od marketingu, który przebywa aktualnie służbowo w Rosji. Biuro, komputer i megawypasiony fotel skórzany,dopasowujący się do pozycji siedzącego i se tłumaczę. Co jakiś czas wpada ktoś by się upewnić, czy czegoś nie potrzebuję, albo popytać jak mi idzie. Dziś wpadł Greg, syn szefa szefów z pytaniem, czy moja marynarka jest z Nexta. Akurat byłam w trakcie tłumaczenia fragmentów dotyczących molestowania seksualnego w pracy, więc gdy zaczął szukać metki na wewnętrznej stronie marynarki, zapytałam tylko, czy to aby już nie podpada pod któryś z tłumaczonych przeze mnie paragrafów. Swoją drogą, marynarka faktycznie jest z Nexta.

No. I tak się toczy moje pracowe życie, zaczynam się lekko zadomawiać, a tu niedługo się skończy.

Po b): W tak zwanym międzyczasie dostałam zlecenie na 65 stron z urzędu marszałkowskiego w Opolu. Na szczęście termin na 5 listopada, może zdążę, jak skończę w firmie Nafty do środy przyszłego tygodnia. A już miałam plan, żeby pójść se znowu na bezrobocie, cholera, tym bardziej, że za pięć dni dostanę tyle, że mi starczy na opłacenie czynszu za calutki listopad.

Po c): Dostałam potwierdzenie z GTC, że moje dokumenty o uprawnienia nauczycielskie dotarły i mają 4 miesiace na ich rozpatrzenie, słodko, co?

Po d): Przedwczoraj z głupia frant odkryliśmy, że w pobliżu naszego domu jest jakaś instytucja z hot pointem i na najwyższym piętrze mamy darmowy dostep do Internetu o prędkości w porywach do 56 mega. Trzeba będzie urządzić tu centrum dowodzenia.

Po e): Mieszka nam się cudownie, a doświadczenia związane ze spacerem na przystanek z widokiem na morze są bezcenne, za resztę płacimy MasterCardem. Zdjęcia z okolicy, zamieszczę wkrótce.

A teraz się już żegnam z państwem, bo zostało nam jeszcze po lampce winka tudzież koniaku, zrobienie tradycyjnego kółka trasą nad morze, a jutro do fabryki. Miłych snów.

 
1 , 2 , 3 , 4
statystyka